Choroba z internetu

Jerzy Dziekoński
Kurier MP

Wiedza płynąca z internetu to przekleństwo czy duża pomoc w pracy z dziećmi i ich rodzicami? Jak zauważają nasi rozmówcy – pediatrzy – każdy kij ma dwa końce: internetowe informacje mogą się przyczynić do wzrostu świadomości rodzica, jak też utrudnić współpracę z lekarzem, a nawet zaszkodzić dziecku.

Fot. pixabay.com

Piotr Szczęsny, pediatra, ordynator oddziału dziecięcego Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Koninie uważa, że wyszukiwanie w sieci informacji na temat zdrowia dzieci nie jest zjawiskiem pozytywnym i może przynieść więcej szkody niż rzeczywistych korzyści.

– Rodzice do znalezionych w sieci informacji podchodzą bardzo emocjonalnie. Banalny przykład – objaw: powiększone węzły chłonne. Wyszukiwarka podaje link do informacji na temat choroby nowotworowej. Rodzice pędzą więc przerażeni do lekarza z gotową diagnozą, że dziecko może mieć raka – mówi pediatra. – To zupełnie niepotrzebny stres, przecież powiększone węzły chłonne mogą być objawem wielu schorzeń. Bez wykształcenia, bez odpowiedniej wiedzy trafna ocena jest niemal niemożliwa. Wyszukane w internecie informacje nie dają wystarczających kompetencji do właściwej interpretacji objawów choroby czy też wyników badań.

Zdaniem lekarza obecny postęp technologii jest na tyle duży, że od tego zjawiska nie ma odwrotu.

– Rodzice będą sprawdzać w internecie objawy przed wizytą u lekarza, wyniki badań i trafność diagnozy po jej postawieniu – mówi Piotr Szczęsny. – Naszym zadaniem jest zachowanie odpowiedniej postawy. Nie ma powodu, żeby się złościć. Jeżeli spotykamy się z pytaniami, czy nawet z zarzutami ze strony rodziców, to pozostaje nam spokojne wyjaśnienie skąd bierze się nasze stanowisko, dlaczego uznaliśmy, że mamy do czynienia właśnie z taką chorobą, a nie inną, wreszcie, że dane objawy mogą pojawić się w szeregu różnych schorzeń, a nie tylko w jednej chorobie.

Wszechwiedzący rodzice?

W praktyce lekarzy pediatrów rodzice, którzy trafiają do gabinetów z gotową diagnozą to dość częste zjawisko. Rzadziej zdarza się, że diagnoza lekarska jest podważana. Zofia Sobotka-Ostatek, pediatra z Warszawy przyznaje, że zdarzało się jej przekonywać rodziców, że np. dziecko nie ma anginy.

– To dość częsty przykład: przychodzi matka z dzieckiem i oznajmia, że zajrzała dziecku do gardła i że dziecko ma anginę – opowiada lekarka. – Po czym okazuje się, że to nie jest angina. I muszę spokojnie wyjaśnić, dlaczego uważam, że to nie jest angina. Podobnie jest z informacjami wyszukanymi przez rodziców w internecie. Objawy chorobowe często nie są jednoznaczne. Nie wystarczy przeczytać artykuł w internecie, żeby postawić diagnozę.

Dobry lekarz, zdaniem naszej rozmówczyni, to nie tylko wiedza – za trafną diagnozą stoi nie tylko sześć lat studiów, specjalizacja i doświadczenie.

– Dobry lekarz ma jeszcze to coś, czego nie da się wyczytać w książkach: ma nosa, intuicję – mówi Zofia Sobotka-Ostatek. – Tego nie da się znaleźć tym bardziej w internecie, który w kwestii informacji na temat zdrowia funkcjonuje trochę na zasadzie: „jedna pani powiedziała”.

Aktywna postawa

Katarzyna Dyląg, lekarka w trakcie specjalizacji z pediatrii uważa, że uczestnictwo rodziców w procesie leczenia, ich aktywną postawę, należy ocenić jako pozytywne zjawisko.

– Szczególnie ważne jest, żeby rodzice zdobywali informacje niezwiązane ściśle z leczeniem, a dotyczące działań w zakresie profilaktyki chorób: zachowań i postaw prozdrowotnych, szczepień ochronnych, zasad zdrowego odżywiania. Oczywiście, jak każdy pediatra życzyłabym sobie, aby informacje trafiające do rodziców były zgodne z najnowszym stanem wiedzy – mówi lekarka.

Przyznaje również, że rodzice zgłaszali się do niej  na podstawie informacji zdobytych w internecie.

– Rodzice obawiali się konkretnej choroby i chcieli ją wykluczyć. Zazwyczaj kwestia wymagała wówczas przedyskutowania, wyjaśnienia, co w stanie zdrowia dziecka nie wskazuje na takie właśnie rozpoznanie. Zazwyczaj rodzice mają również dystans do wiedzy pochodzącej z internetu, często mówią otwarcie, że szukali, co mogą oznaczać objawy występujące u dziecka, że natrafili na informacje sugerujące poważną chorobę, które ich przestraszyły, ale którym mimo wszystko nie dowierzają – wyjaśnia Katarzyna Dyląg i dodaje, że najczęściej w sieci rodzice poszukują informacji o organizacji opieki zdrowotnej, gdzie można udać się z chorym dzieckiem w nocy i w dni świąteczne, czy jak wyglądają i są zorganizowane konkretne placówki. Rodzice wyszukują również, co mogą oznaczać niepokojące objawy u dziecka.

Jak zauważa rezydentka, rodzice dzieci chorujących przewlekle, np. na cukrzycę, nieswoiste zapalenia jelit, przewlekłą chorobę nerek szukają w sieci wsparcia dla siebie i dziecka. Na internecie znajdują zasady pielęgnacji, odżywiania itp. – tu bardzo pomocnym źródłem informacji są fundacje (np. J-elita) zrzeszające opiekunów dzieci cierpiących na konkretną chorobę.

– Z internetu płyną także informacje dotyczące alternatywnych form pielęgnacji niemowląt: noszenia w chuście, żywienia metodą BLW, używania pieluch wielorazowych, rodzicielstwa, bliskości. W takich wypadkach wiedza rodzica przewyższa często naszą, dokształcamy się musząc udzielać odpowiedzi na pytania rodziców – przyznaje Katarzyna Dyląg.

Lekarz to doradca

Z doświadczenia Katarzyny Dyląg wynika, że relatywnie często wyjaśnienia wymagają zagadnienia związane z szczepieniami ochronnymi. 

– Czasami, nawet po dłuższej dyskusji rodzice nie decydują się na wszystkie obowiązkowe i zalecane szczepienia ochronne. W szpitalu czasami rodzice kwestionują sens niektórych działań  lub np. czasu hospitalizacji dziecka, zazwyczaj jednak swoje wątpliwości czerpią od innych osób, od koleżanki, siostry, szwagierki, rzadziej z internetu. Mimo wszytko mam wrażenie, że rodzice mają świadomość niepewnej jakości informacji pochodzących z internetu i w dyskusji z nami nie chcą się powoływać na internet jako źródło wiedzy – podsumowuje swoją wypowiedź Katarzyna Dyląg.

Zofia Sobotka-Ostatek także przyznaje, że pokłosiem internetowych publikacji jest rosnąca liczba osób odmawiających zaszczepienia dzieci.

– Rodzicom wydaje się, że wiedzą lepiej niż lekarz, a wiedzę czerpią ze źródeł dalekich od naukowych. Rozmawiając z rodzicami, podaję im przykład informatyków. Przecież wiem jak obsługiwać komputer, potrafię się poruszać w internecie, nie oznacza to jednak, że jestem informatykiem, że potrafię naprawić komputer. Nie mam o tym zielonego pojęcia i bazując tylko na informacjach z sieci nigdy bym się tego nie podjęła – mówi Zofia Sobotka-Ostatek. – W sytuacji oporu rodziców, mam jeden komentarz: to jest państwa dziecko, to państwo decydują, ja jestem tylko doradcą.

KOMENTARZ

Dr Krzysztof Puchalski, socjolog zdrowia
Instytut Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera w Łodzi

Myślę, że aby odpowiedzieć na pytanie, czy to dobrze, że rodzice sami szukają informacji na temat zdrowia własnych dzieci w internecie, na wstępie warto przywołać kilka procesów charakterystycznych dla współczesnego społeczeństwa, które w coraz większym stopniu wpływać będą na relacje lekarza z pacjentem.

Po pierwsze, w demokratycznych społeczeństwach liczni obywatele chcą w coraz większym stopniu decydować o sobie, a w mniejszym stopniu podporządkowywać się, i to zarówno władzy politycznej, szefa w pracy, jak i władzy ekspertów medycznych. Mamy do czynienia z naturalnym procesem dążenia do samostanowienia. Wielu pacjentów przychodzi do lekarza po to, aby skonsultować problem i wspólnie z nim podjąć decyzje dotyczące ich zdrowia, a nie po to, żeby po prostu usłyszeć zalecenia i się im podporządkowywać. Pacjentom łatwiej jest realizować te wspólnie podjęte decyzje, niż te podjęte za nich lub im narzucone.

Po drugie, społeczeństwo jest coraz lepiej wykształcone, coraz więcej Polaków ma wyższe wykształcenie, zna języki obce. Nie chodzi przy tym tylko o wykształcenie formalne, lecz o ogólne kompetencje intelektualne. Ponadto, głównie dzięki rozwojowi internetu, mamy bardzo szeroki dostęp do różnych obszarów wiedzy specjalistycznej, także medycznej, która wcześniej była niedostępna dla nieprofesjonalistów, zwanych laikami. Obecnie pacjenci mają możliwość korzystania za pośrednictwem sieci z najnowszych publikacji w prestiżowych czasopismach medycznych wydawanych w różnych krajach. Mając dostęp do wiedzy naukowej, do tekstów specjalistycznych, mogą je swobodnie czytać, analizować i wyciągać wnioski. Internet to nie tylko tak zwana popmedycyna – nieprofesjonalne fora czy blogi, które wśród różnych szkodliwych czy po prostu głupich treści mogą zawierać też różne wartościowe i cenne informacje.

Jeżeli pacjent nie zgadza się z lekarzem, kwestionuje diagnozę, to warto na to spojrzeć także pod kątem kompetencji zarówno lekarza jak i pacjenta. Większość lekarzy jest świetnie przygotowanych do zawodu, doskonali swoją wiedzę, rozumie potrzeby pacjenta, bez problemu komunikuje się z nim. Ale, jak w każdej grupie zawodowej, są też tacy, którzy – nie waham się użyć mocnego określenia – są słabo wykształceni, nie poszerzają swojej wiedzy i są nieprzygotowani do swojej pracy. Z drugiej strony część pacjentów ma ku temu kompetencje, aby korzystając z publikacji medycznych, głębiej wnikać w swój problem zdrowotny niż niejeden lekarz. Dzięki temu pacjent staje się często dla lekarza równorzędnym partnerem, a niekiedy nawet przewyższa go kompetencjami.

Należy zwrócić też uwagę na jeszcze jedno zjawisko – wielu lekarzy, zwłaszcza w Polsce, niechętnie dzieli się z pacjentem swoja wiedzą, a także władzą. Badania społeczne pokazują, że lekarze często chcą decydować o pacjencie, rzadko przedstawiają mu zróżnicowane możliwości terapeutyczne, rzadko angażują go do podejmowania decyzji, nie starają się rozwiewać wątpliwości pacjenta, słabo się z nim komunikują. Wykluczają go z decyzji terapeutycznych, pozostawiając większy zakres swobody jedynie w obszarze profilaktyki. Tymczasem wielu obywateli nie tylko czuje się i zarazem jest kompetentnych w wielu sprawach, ale też chce mieć możliwość wykorzystania swoich kompetencji, zwłaszcza gdy idzie o ich zdrowie lub zdrowie ich dzieci.

Dopiero na tym tle możemy próbować odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie. Jeżeli pacjenci chcą stanowić o sobie i o swoich dzieciach, to pozytywnie oceniłbym potrzebę wyszukiwania informacji. Także w internecie. Zresztą, od tego nie ma odwrotu, a taki poinformowany pacjent – niezależnie czy dobrze, czy źle poinformowany – jest zapewne nowym wyzwaniem dla lekarza. Warto chyba jednak przyjąć takie założenie, że lepiej wiedzieć niż nie wiedzieć.

Data utworzenia: 08.01.2018
Choroba z internetuOceń:
Zobacz także
Wysłanie wiadomości oznacza akceptację regulaminu

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.

Aplikacja Moje Dziecko

Korzystając ze stron oraz aplikacji mobilnych Medycyny Praktycznej, wyrażasz zgodę na używanie cookies zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki oraz zgodnie z polityką Medycyny Praktycznej dotyczącą plików cookies